Kościół (z) ulicy

Ignacy Dudkiewicz

Na ubogich nie czekają w kościołach ani zborach. Są radykalni i wiedzą, że ci, „którzy się źle mają”, nieczęsto sami przychodzą szukać pomocy. Wychodzą więc do nich tam, gdzie jest ich wielu. Na ulicę. Nawracają i karmią.

Plac przy metrze Centrum w Warszawie – popularny „dołek” lub „patelnia”. Grupa młodych ludzi rozstawia sprzęt nagłośnieniowy. Jest perkusja, klawisze oraz mały zespół wokalny. Ustawiony na stoliku, prosty, drewniany krzyż przyciąga uwagę. Na środku stoi małe, jakby przedszkolne, krzesełko, kolor: biały. To centralny punkt Kościoła Ulicznego. Stojąc ledwie 30 centymetrów nad ziemią, kolejni ludzie opowiadają o swoim życiu lub głoszą Ewangelię. Wejście na tę mównicę musi wymagać nielichej odwagi.

Ta opowieść jest opowieścią o Bogu. Wszyscy zaangażowani w Kościół Uliczny mówią bowiem głównie o Nim.

Koniecpolska 33. Kilka niedużych budynków. Po posesji biega suczka, imieniem Nika. Należy do jednego z wychowawców ośrodka dla bezdomnych „Nowy Początek”. Przyszedłem spotkać się z Pawłem Bukałą, jego dyrektorem, a także niekwestionowanym liderem Kościoła Ulicznego w Warszawie. Wielu mieszkańców trafiło do ośrodka przez nabożeństwa przy metrze Centrum. Ci, z którymi rozmawiam, cytują te same fragmenty Pisma, które często przywołuje Paweł. Widać, że cieszy się ich szacunkiem.

Wchodzę do dużej sali z długim, stojącym na środku stołem. Nad wejściem do pokoju wychowawców wisi tabliczka z napisem „Żyjcie Ewangelią”. Po drugiej stronie sali – krzyż. Nieduży telewizor, w rogu – złożony stół pingpongowy. Na tablicy wisi regulamin, daty urodzin uczestników i zasady wspólnego życia w ośrodku.

Gabinet Pawła. Dwa skórzane fotele, biurko z komputerem i półka z książkami. Wchodzi Krzysiek – jeden z mieszkańców. Na całych rękach tatuaże, zwraca uwagę zwłaszcza jeden: „Kocham Cię, Mamo”. Rozmawia chwilę z Pawłem o kolejnej książce do przeczytania. – Chciałbym, żebyś pociągnął temat Dziejów Apostolskich – mówi Bukała. Zapraszają mnie na obiad: ziemniaki z gulaszem i buraczki. W trakcie posiłku rozmawiają o nabożeństwie z poprzedniego dnia.

Mężczyzna w średnim wieku bierze mikrofon i zaczyna mówić. O uzdrowieniach i wiecznym prawie Biblii, którego nikt nie powinien kwestionować. Jak prawa grawitacji. – Oddaję Chrystusowi chwałę w tym mieście! Ogłaszam, że śmierć jest pokonana! Że Szatan jest pokonany! Że zło jest pokonane! – wykrzykuje, niekiedy przesadzając z natężeniem głosu. W tłum ruszają ludzie z żółtymi smyczami na szyi z napisem „Kościół Uliczny”. Rozdają materiały. W ciągu półtorej godziny dostałem: Nowy Testament, broszurki Kościoła Zielonoświątkowego: „Droga do Boga” i „Pomoc z góry”, ulotkę Kościoła Chrześcijan Wiary Ewangelicznej oraz Ewangelię według św. Jana wraz z listem do Rzymian. Część ludzi traktuje je jak ulotki. W okolicznych koszach można potem trafić na egzemplarze Pisma Świętego.

Paweł Bukała, 32 lata, pochodzi z Rzeszowa. Jego historia to materiał na osobny tekst. – Ktoś mi kiedyś mówił, żebym napisał książkę – mówi. W trakcie rozmowy często wpada w dygresje, ewangelizacja bowiem to jego żywioł. Mówi o istocie człowieka, demonach, chrzcie, Piśmie. Jego ulubione słowo to „ponadnaturalne”. Podczas spotkania kilka razy wyraża obawę, że jego opowieść kogoś zgorszy, albo że zostanie uznany za sekciarza. Albo że nikt mu nie uwierzy.

Gdy miał 14 lat, usłyszał kazanie, które zmieniło jego myślenie. „Czy gdyby Jezus ci się objawił i powiedział: zostaw to wszystko, czy byłbyś w stanie pójść za Nim?” – pytał ksiądz proboszcz. Paweł chciał. Ale oddanie życia Bogu nie przyszło łatwo. Zaczął się alkohol, marihuana i grzyby halucynogenne. Fascynował się Jimem Morrisonem, Arthurem Rimbaud czy Witkacym. Zainteresował się buddyzmem. Szukał prawdy. – Osoba Jezusa cały czas była dla mnie ważna, nie mogłem tego racjonalnie wytłumaczyć. Nie rozumiałem, dlaczego nie jestem w stanie uwolnić się od myśli o Nim.

Przemianę przeżył na festiwalu muzycznym Slot Art Festival. Występował zespół No Longer Music z charyzmatycznym liderem – Davidem Piercem, który głosił Ewangelię podczas i poza koncertami. To wtedy Paweł postanowił znów spróbować. Wyszedł do modlitwy. Długo siedział samotnie pod drzewem. Skończył z narkotykami.

Wrócił do Kościoła katolickiego, jednak czuł w nim pustkę. – Słowa tylko odbijały się od ścian. W końcu wrócił do nałogów. Postanowił jeszcze raz pojechać na Slot, szukając dla siebie innego miejsca. Związał się z bezwyznaniową wspólnotą, w końcu trafił do Kościoła Bożego W Chrystusie. Rodzina kompletnie tego nie rozumiała, wyzywała od sekciarzy.

Warszawa

{flv}Kosciol Uliczny Rocznica 2011 Warszawa{/flv}

 

Po pracy przychodził na rzeszowską Górę Rocha. Tam ponownie spotkał się z Bogiem: – Usłyszałem głos głęboko w moim duchu: „usiądź, ja będę do ciebie mówił. Pojedziesz do wielkiego miasta i będziesz podnosił bezdomnych”. Pojechał do Warszawy i podłączył się pod grupę streetworkerów, chodzących po ulicy i rozdających kanapki. Ewangelizował. Wkrótce przejął liderowanie grupą. – Wychodząc na ulicę, modliłem się: „Boże, daj więcej, poszerzaj moje granice”. Chciałem czegoś większego.

W końcu uznał, że formą odpowiednią dla niego będzie działalność podobna do tego, co w Calgary robi Artur Pawłowski. Szukał coacha, kogoś, kto by go poprowadził, pomógł mu. W tym czasie do Polski przyjechał sam Pawłowski. Razem zorganizowali pierwsze spotkanie Kościoła Ulicznego w Warszawie.

To był 1 września 2010. Lało. Cały dzień dzwoniły telefony, trwały narady, czy nie odwołać spotkania. – Jeżeli mówimy, że będziemy, to musimy być, niezależnie od temperatury, deszczu czy śniegu. Bezdomni nie mają takiego wyboru, jak my. Powiedziałem wtedy stanowczo, że nie rezygnujemy ze spotkania – wspomina Pawłowski.

Na krzesełko wchodzi Bukała. – Poproszę dziś człowieka, który jeszcze niedawno przyszedł tu o kulach, a dziś chodzi, bo Bóg go uzdrowił. Bóg rozdaje tym, którzy Go pragną. Do przemawiającego podchodzi młody, krępy mężczyzna. Chwilę rozmawiają. Bukała kontynuuje – Kolega zapytał, co dzieje się z małymi dziećmi, które umierają. Idą do nieba. Bóg kocha niewinne istoty. Zaczyna recytować fragment z listu świętego Pawła. Młoda kobieta w zielonej kurtce z zamkniętymi oczami powtarza razem z nim.

Właśnie. Artur Pawłowski, bohater głośnego radiowego reportażu „Adwokat Ulicy”. Rozmawiamy przez telefon, dzwoni do mnie z Calgary w Kanadzie. Z Polski wyjechał ponad dwadzieścia lat temu. Robi czasem błędy, bezwiednie wplata do wypowiedzi angielskie słowa.

Po krótkim pobycie w klasztorze wyjechał do Grecji. Tam poznał swoją żonę, też Polkę. Rozkręcił budowlany biznes i szybko dorobił się fortuny. Po wyjeździe do Kanady, oszukany przez kontrahentów, stracił wszystko, by ponownie się odbić. Gdy urodził mu się syn, lekarze proponowali odłączyć go od aparatury, gdyż nie miał szans na przeżycie. – Wszedłem w totalną rebelię przeciwko Bogu. Doznał wizji. Widział Jezusa w Ogrodzie Getsemani. Zawierzył i złożył deklarację: „będę Ci służył do końca życia”. Jego syn żyje do dziś i normalnie funkcjonuje.

– Byłem przez parę lat starszym zboru. Zapraszaliśmy bezdomnych na nasze obiady, ale cały czas myślałem, że coś z naszym Kościołem jest nie tak – wspomina. – Byliśmy nastawieni na to, co dzieje się wewnątrz, między nami, a nie na zewnątrz, gdzie działał Jezus. Kontrast między tym, co robił mój Kościół, a tym, o czym czytałem w Biblii, był tak drastyczny, że nie wytrzymałem i musiałem wyjść na ulicę, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście Bóg będzie przyznawał się do pracy poza czterema ścianami. Pojawiły się uzdrowienia, zaczęliśmy przywozić jedzenie, ludzie zaczęli się otwierać. Od kilku osób na pierwszym spotkaniu, zaczęło przychodzić ich kilkaset.

Zespół zaczyna śpiewać i grać „Alleluja”. Dyskretny ochroniarz krąży wokół sprzętu i wykonawców. Formują się już dwie kolejki bezdomnych – jedna do ciepłego posiłku, druga do kawy i herbaty. Ale muszą jeszcze poczekać. Stoją w rzędach, by nie stracić swojego miejsca. Niektórzy rozmawiają, inni słuchają. Często słychać pytanie: „Gdzie rozdają numerki?”. Pojawia mi się wątpliwość, czy nie są nastygmatyzowani, stojąc tak przez godzinę przed początkiem rozdawania jedzenia.

Spotkania Kościoła Ulicznego w Szczecinie odbywają się na Placu Grunwaldzkim, a jego liderem jest Zdzisław Michejów.

– Na pomysł zorganizowania u nas Kościoła Ulicznego wpadliśmy przez kontakty z Pawłem Bukałą – wspomina. – Wcześniej przez dwa lata karmiliśmy ludzi bezdomnych i potrzebujących w siedzibie Kościoła Chrystus Dla Wszystkich. Wiosną tego roku odwiedził nas Artur Pawłowski i Paweł z grupą wolontariuszy. I tak zaczęliśmy.

Komentarz pod tekstem o Kościele Ulicznym w portalu natemat.pl: Gdyby tylko podawano im kubek ciepłej zupy, bez „ewangelizacji”, podobałoby mi się to jeszcze bardziej. Nie wiem, czemu w Polsce tak trudno się przyjmuje, że sam gest miłości jest już ewangelizacją, jest zbawienny.

Szczecin

{flv}Ko_ci_Uliczny_w_Szczecinie|395|335{/flv}

 

– Gdy człowiek jest poraniony i go przytulisz, to zwykle się usztywnia, bo nie wie, co to jest miłość. W pierwszej chwili musisz zaspokoić jego najprostsze potrzeby: głód, miejsce do spania – mówi Bukała. – Ale nie jesteśmy akcją charytatywną. Dajemy ludziom posiłek, ale głosimy przy tym Ewangelię. Bezdomni czekają w kolejkach, gdyż, jak wynika z doświadczenia Pawła, dla wielu z nich uzależnienie jest silniejsze: chcieliby szybko zjeść, a potem polecieć za róg wypić flaszkę. – Czekając na jedzenie, niech posłuchają Słowa, które może ich zmienić. Danie miski zupy to za mało.

Jedno z drugim nie kłóci się Pawłowskiemu. – Chcemy przekazywać potrzebującym namacalną Ewangelię. Jesteś głodny? Mój Bóg cię kocha: nakarmię cię. Potrzebujesz ubrania? Postaramy się coś zorganizować. Kiedyś przyszedł do mnie bezdomny i powiedział: „Takich, jak ty, było wielu. Przyjeżdżali, robili zdjęcie, kręcili filmy i znikali. Będziemy cię obserwować”. Przyszła zima, temperatury minus trzydzieści, czterdzieści stopni, a oni dalej nas obserwowali. Na wiosnę ten sam człowiek przyszedł do mnie, płacząc. Kościół Uliczny to nie jest chrześcijańskie show dla fajnego programu dokumentalnego czy zdjęć w biuletynie.

Zaczynają się kolejne radosne śpiewy, trochę w stylu gospel. Prowadzący przekonuje: – Każdy z was ma za co dziękować Bogu! Zaczyna śpiewać: „Zasługujesz chwałę wziąć”. Zespół wokalny buja się na boki, skacze. Bukała woła: – Chrystus jest wielki, potężny, może wyciągnąć człowieka ze śmietniska i posadzić pośród książąt. Może jesteś bezdomny i brakuje ci wszystkiego. Może opływasz w pieniądze, ale w środku czujesz pustkę.

Bukała spotyka na Kościele Ulicznym biznesmenów, dziennikarzy, reżyserów. – Myślę, że to jest wielkie błogosławieństwo dla ludzi w mieście, że mogą przyjść, posłuchać tego, co mówimy.

Kacper, przechodzień w średnim wieku komentuje: – Myślę, że chcą zbyt wiele srok złapać za ogon. Trudno jednocześnie mówić do bezdomnych i bogatych, jednocześnie głosić, śpiewać i karmić. To wszystko sprawia wrażenie wielkiego chaosu i braku planu.

Ale Pawłowski przekonuje: – Kościół Uliczny jest tylko stacją, przystankiem, na którym ludzie się zatrzymują w biegu. Bez względu na to, czy mają pieniądze, czy są na ulicy. A my jesteśmy drogowskazem. Albo wsiądziesz do tego pociągu, albo do innego. Zachęcamy, by wsiedli do pociągu z Bogiem, z nadzieją, zaczęli swoje życie od początku.

Calgary

{flv}Street Church in 12 Min{/flv}

 

Wśród ludzi zaczynają się dyskusje. Młoda dziewczyna opowiada koledze, chyba z innego miasta, o co chodzi w tym wydarzeniu, namawia go, by chwilę postali i posłuchali, ale ten ją odciąga. Niektórzy przechodnie zatrzymują się na chwilę i odchodzą. Inni zostają dłużej. Niektórzy nawet nie zwrócą uwagi na Kościół Uliczny. Jeden chłopak większość spotkania nagrywa komórką. Bezdomny siada blisko zespołu na kocu i często krzyczy „Alleluja”.

Gerard pochodzi z Krakowa. Lat 40. Mając 12, zaczął pić, w uzależnienie wpadł jeszcze przed osiemnastką. Jak na kogoś, kto nie skończył żadnej szkoły, wykazuje się niezwykłą kulturą słowa. W ośrodku Bukały od ośmiu miesięcy.

– Mówiąc o mojej drodze, będę mówił o Bogu. Spotkałem się z Nim, zanim przyszedłem tutaj. Zawsze była we mnie tęsknota za Bogiem, ale myślałem, że nie jest mną zainteresowany. Pewnego dnia trafiłem do domu dla osób bezdomnych prowadzonego przez osoby z Kościoła zielonoświątkowego. Zacząłem czytać Słowo i pewnego dnia spotkałem się z Jezusem Chrystusem. Zacząłem myśleć, kim On jest dla mnie? Sam Bóg, jak kupiec, który dla jednej perły zostawił cały majątek, zaryzykował wszystko dla mnie, bo to właśnie mnie uznał za tę bezcenną perłę.

– Wciąż nie mogłem poradzić sobie z alkoholem, zdarzały mi się upadki. Przyjechałem tutaj, żeby popracować jeszcze nad sobą, żeby dotrzeć do swojego wnętrza i dowiedzieć się, dlaczego to jeszcze nie ten dzień. Kilka razy byłem na Kościele Ulicznym, pomagałem rozkładać sprzęt, pakować, rozlewałem kawę i herbatę. Kiedyś bardzo nerwowo reagowałem, gdy byłem trzeźwy, a rozmawiałem z kimś pod wpływem alkoholu. Teraz wewnątrz mnie jest spokój.

– Bóg doprowadził do tego, że pokochałem się z moją mamą, choć od dzieciństwa się wzajemnie nienawidziliśmy. Gdy już poznałem Boga, była śmiertelnie chora. Mogłaby żyć dalej, ale musiałaby zrezygnować z alkoholu, papierosów i psychotropów, a nie umiała tego zrobić. Mówiłem jej dużo o Panu Jezusie. Spędziłem z nią osiem ostatnich miesięcy jej życia. To było coś niesamowitego. Bóg zamienił nienawiść w miłość.

– Moi obaj bracia siedzą w więzieniu. Marzę o tym, by również oni spotkali się z Jezusem. Po terapii chciałbym skończyć szkołę średnią i studiować teologię lub poradnictwo chrześcijańskie.

Na krzesełko wchodzi Ryszard, starszy mężczyzna. Opowiada, jak przyszedł parę tygodni wcześniej na Kościół Uliczny, jeszcze o kulach. Słuchał. Dotknęło go. Podszedł do Marty, żony Bukały, „bo miała takie przekonujące wystąpienie i pomyślałem, że coś w tym jest”. Poprosił o modlitwę. Po jakimś czasie zaczął chodzić o własnych siłach. Dziś mieszka z siostrą, nie jest bezdomny. Ktoś z tłumu krzyczy: „Przestał pić, to wstał!”. W ciągu całego spotkania słychać wiele szyderczych uwag, przedrzeźniania i pogardliwych docinków.

– Ludzie reagują na nas głównie obojętnością. Nie ma w nich pogardy, ani agresji. Jedynie pojedyncze osoby zatrzymują się, by posłuchać i porozmawiać – mówi Michejów.

Jednak na spotkaniach Kościoła Ulicznego w Warszawie dochodzi niekiedy do niemiłych incydentów. Głównie chodzi o wulgaryzmy, ale jeden pastor dostał też cios głową w twarz. Bukale próbowano wyrywać mikrofon, zdarzały się przepychanki.

– Widzę wiele zranionych serc, które gwałtownie reagują na słowo Boże – mówi Gerard. – Dwa razy przechodził człowiek, któremu umarło dziecko. Wołał w gniewie: „Gdzie był Bóg?!”. Trzeba z ludźmi rozmawiać. Większość z nich się zatrzymuje, słuchają, niektórzy płaczą. Przystają choćby na chwilę.

Maja, studentka, przechodząca obok, komentuje zaś: – To zbytnie narzucanie się, może nawet brak tolerancji. Chcą na siłę wszystkim wcisnąć swoją prawdę. Za dużo w tym działaniu euforii, jakby chcieli wszystkich porwać hasłem i nie zastanowili się, że bez czegoś więcej hasło budzi tylko podejrzliwość i sceptycyzm. Na pewno takie głoszenie wymaga odwagi, ale zakrawającej na ekshibicjonizm.

Ryszard przekonuje, że to, co go w życiu spotkało, było karą za grzechy. Bardzo szybko do akcji wkracza Bukała i prostuje: – Bóg nie karze chorobami i nieszczęściami. To diabeł! Nie należy myśleć, że to kara za nasze słabości. Na krzesełko znów wchodzi jego żona, Marta, i zaczyna opowiadać. O swoim dzieciństwie, pełnym przemocy, strachu i uzależnień. – To nie my uzdrawiamy, to Bóg uzdrawia. A Duch Święty podpowiada mi, co mam dziś mówić.

Czekając na jednego z moich rozmówców, który wracał z innego spotkania, przyglądam się regulaminowi. Mieszkańcy ośrodka szykują się do pracy. Jeden z nich, który dziś zajmuje się ulotkami Kościoła Ulicznego, pyta wychowawcę, czy może puścić chrześcijańskie piosenki.

Regulamin jest, jak przyznają sami mieszkańcy ośrodka, surowy. Niektóre jego punkty dotyczą codziennego funkcjonowania, jak gaszenia światła czy oszczędzania wody. Ale podstawową zasadą życia w ośrodku jest „pełna jawność i szczerość”. Personel może w dowolnym momencie poddać mieszkańca testom na obecność substancji psychoaktywnych, kontrolować jego korespondencję, być obecnym przy rozmowach telefonicznych oraz przeprowadzać kontrole w pokojach. Za nieprzestrzeganie regulaminu można wylecieć z ośrodka, zostać ukaranym godziną pracy dodatkowej lub, w przypadku wulgaryzmów, przed posiłkiem recytować z pamięci fragment z listu św. Jakuba o wstrzemięźliwości języka.

Terapia podzielona jest na trzy etapy, różniące się od siebie, co jasne, celami, a także przywilejami. Część z nich dotyczy długości przepustek, częstotliwości rozmów telefonicznych, wpływu na życie ośrodka, a także możliwości picia kawy i herbaty. – Kościół Uliczny to początek. Konkretniejsza praca z człowiekiem zaczyna się w ośrodku – mówi Bukała. – Musimy dbać o balans między terapią i Słowem. Chcemy zajmować się człowiekiem w sposób kompletny. Pawłowski dodaje: – Słowo Boże ma największą siłę. Bóg jest tak mocny, że każdego może uwolnić od uzależnień. Mój brat był uzależniony przez dziesięć lat, a w ciągu jednej sekundy został wyleczony.

Terapia w ośrodku trwa dwanaście miesięcy i dwa tygodnie. Po tym czasie mieszkaniec może skorzystać z hostelu, który mieści się w drugim budynku na posesji. Zaczyna szukać pracy. Hostel jest tani, ale nie darmowy. Jego mieszkaniec sam musi opłacić czynsz i media. Ideałem jest, gdy po sześciu miesiącach może przenieść się „na swoje”. Dziś w hostelu mieszka jedna osoba.

Na krzesełku znów staje Bukała. – Robimy z siebie oszołomów, robimy z siebie pośmiewisko, żeby głosić Chrystusa! Gdzie dziś byłby Chrystus? Czy byłby w super-ładnym kościółku czy na ulicy? Zaczyna modlitwę językami i błogosławieństwo. Znów rozlega się pieśń: „Jezus, Jezus królem jest”. Po przeszło godzinie od rozpoczęcia spotkania, rozpoczyna się rozdawanie posiłku – kalafiorowej, oraz ciepłych napojów. Niektórzy stojący w kolejce próbują się przemknąć, nie oddając numerka, ale rozdający zupę twardo tego pilnują.

Marcin Krupa, lat 27. Pochodzi z Polkowic, wychowywał się bez ojca – zamordowano go, gdy Marcin miał 13 lat. Był ministrantem i lektorem. Zaczął ćpać, potem zajął się dilerką, rok później trafił do poprawczaka, niedługo potem, za pobicie policjanta i napad, do więzienia. Często odwołuje się do Biblii. Szybko zaczynamy mówić sobie po imieniu. Od siedmiu miesięcy w ośrodku.

– Szybko zacząłem grypsować. Więzienie przestało być dla mnie strasznym miejscem. Obrosłem w piórka. Po dwóch latach wyszedłem i wpadłem w amfetaminę, która zabrała mi wszystkie plany. Znów zacząłem handlować narkotykami. Pijąc w towarzystwie recydywistów, dowiedziałem się, że jeden z moich kolegów psuje moją reputację na mieście. Walcząc o swój honor, pijany wtargnąłem do jego mieszkania. O mało nie zadźgałem faceta, cud, że nie trafiłem w aortę. Znów mnie zamknęli. Przestało być miło. Więzienny marazm mnie przygnębiał. Ktoś mi powiedział, że jeśli chcę spotkać się z kolegą z innego pawilonu, to mogę zapisać się na spotkanie do zielonoświątkowców. Poszedłem. Skoro już tam siedziałem, to i słuchałem.

– Po czterech i pół roku wyszedłem i pojechałem do Berlina, do siostry. Zaczęły się pieniądze, dziewczyny, domy publiczne, alkohol. Łatwe, hulaszcze życie, wymuszanie haraczy, odbiór długów. Siostra wyrzuciła mnie z domu i tak trafiłem na ulicę. W końcu trafiłem do Warszawy, do Pawła. Pierwsze miesiące były ciężkie, bo alkohol wychodził ze mnie, nie mogłem się odnaleźć.

– Poszedłem na nabożeństwo. Pokuta zaczęła napływać do mojego życia, płakałem, wyznawałem grzechy, przepraszałem Boga. Poszedłem do pokoju z wychowawcą i modliliśmy się, żeby Duch na mnie zstąpił. Krzyczałem, modliłem się językami. Od kiedy jestem z Bogiem, każdy dzień jest dla mnie ważny. Bóg uwolnił mnie też od myśli erotycznych. Zostałem uwolniony od alkoholu, narkotyków, agresji.

– Nie jestem tutaj po to, żeby przezimować: mam mieszkanie w Polkowicach, gdzie mieszka moja mama i mógłbym się tam wprowadzić. Ale wiem, że gdybym wrócił do Polkowic, to nic by mi to nie dało. Nigdy nie skończyłem czegoś, co raz zacząłem.

– Chciałbym pracować wśród dzieci. Dziś gotuję czasem dla Kościoła Ulicznego.

Bukała woła: – Podziękujcie za ten posiłek. To najlepsza restauracja w mieście! Jadłem dziś tę zupę, jest znakomita. Zaczyna się kolejna pieśń, tym razem „Hosanna”. Solistka fałszuje, ale melodia porywa do tańca jednego z bezdomnych (tego, który krzyczał dotąd „Alleluja”). Podchodzi do zespołu, zaczyna się bujać. Jeden z uczestników Kościoła Ulicznego prosi go, by odszedł nieco dalej i nie przeszkadzał śpiewającym.

Komentarz pod artykułem w natemat.pl: Kubek ciepłej zupy podaje się bezdomnemu na co dzień w wielu innych Kościołach i nie robi się wokół tego takiego show. Nie, nie robią nic złego – ba, wręcz coś dobrego. Ale wielu innych robi to samo po cichu. – Jesteśmy dumni z poselstwa które głosimy – zapewnia jednak Michejów. – Wierzymy, że ma ono moc zmieniać ludzkie życie.

Michał. Urodził się w małym miasteczku pod Lublinem, w domu pełnym alkoholu i przemocy. W wieku 14 lat zaczął pić, szybko wpadł po uszy. Pobyt w wojsku skończył z wyrokiem za pobicie cywila. Ma syna, którego nigdy nie widział. Często wyraża swoje zdziwienie słowem „wow”. W ośrodku od 8 miesięcy.

– Nie byłbym w tym miejscu, gdybym nie poznał Boga. W wieku 17 lat nie potrafiłem się bawić na trzeźwego, wchodziłem do bufetu i musieli mnie z niego wynosić. Zacząłem uciekać z domu, żeby być zauważanym, ale szukano mnie tylko raz. W końcu nie wróciłem.

– Poszedłem do wojska, gdzie było picie na maksa. Uciekałem, nie wracałem z przepustek. Miałem pracę, byłem kierowcą, ale potrafiłem pić do pierwszej w nocy i o czwartej siadać za kierownicą. Poznałem w wojsku dziewczynę, ale zostawiłem ją dla picia, dla Szatana. Nie zależało mi na niczym. W więzieniu poszedłem na terapię, ale po wyjściu wróciłem do alkoholu. Pojechałem do Warszawy z myślą, że jeszcze im wszystkim pokażę. Piłem nawet denaturat. Któregoś dnia przechodziłem przy metrze centrum i trafiłem na nabożeństwo Kościoła Ulicznego. Pierwsze pytanie, które im zadałem, brzmiało: kim wy jesteście? Odpowiedzieli, że chrześcijanami. Pomyślałem, że to chyba coś dla mnie. Byłem zdesperowany, zrobiłem kilka świeckich terapii, byłem nawet w szpitalu psychiatrycznym. Wiedziałem, że jeżeli Bóg mi nie pomoże, to nic mi nie pomoże.

– Po dwóch miesiącach spróbowałem nawiązać kontakt z rodziną. Zadzwonił telefon: tata jest w szpitalu po wylewie. Pojechałem do niego, a po dwóch tygodniach zmarł. Nie mogłem sobie z tym poradzić i opuściłem ośrodek. Wychodząc za furtkę już wiedziałem, że źle zrobiłem. Wylądowałem znowu na ulicy. Pojechałem do Berlina. Trafiłem na noclegownię, gdzie pracowało dużo Polaków. Po rozmowie z opiekunką postanowiłem wrócić do Warszawy. Jechałem z przekonaniem, że Paweł mnie nie przyjmie, wyśle mnie do innego ośrodka. Ale było inaczej. Po powrocie miałem pracę do napisania: „Dlaczego opuściłem ośrodek?”.

– Zacząłem od nowa nawiązywać relację z mamą. Wybaczyła mi te wszystkie rzeczy, które zrobiłem. Chciałbym też odzyskać kontakt z synem. Wiem, jak bardzo skrzywdziłem tę dziewczynę i tego chłopca. Nigdzie nie zaznałem tyle miłości, co tutaj. Nie zawsze jest pięknie i kolorowo. Ale zmienianie charakteru musi boleć.

Na krzesełku staje Sebastian, potężnie zbudowany, wysoki mężczyzna. Zaczyna opowiadać o swoim życiu. Ciągle brakowało mu wrażeń. Wpadł w alkohol, narkotyki, był skinem. Jak mówi, pił, bił i ćpał. Jego szwagierka, mieszkająca w Stanach i związana z tamtejszą wspólnotą protestancką, poprosiła go, by kupił jej kasety z kazaniami pewnego pastora. Sprzedaż odbywała się podczas nabożeństw. Po kilku wizytach zaczął się zmieniać, choć bardzo powoli, trwało to parę lat: – Tam było inaczej, niż w katolickim kościele. Z całego jego wystąpienia wybrzmiewa wyraźnie opozycyjna wobec katolicyzmu nuta, prawie wroga.

– Zapraszamy do współpracy również katolików. Od początku zależało nam, żeby nikt nie utożsamiał naszej działalności z żadnym Kościołem. Gdy ktoś mnie pyta, kim jestem, odpowiadam: chrześcijaninem – przekonuje Bukała. Jednak nie wszędzie tak to wygląda. Michejów mówi wprost: – Jesteśmy otwarci na współpracę, ale tylko w gronie wspólnot Kościołów w nurcie ewangelicznym. Nie będziemy wychodzili poza to środowisko.

Artur Pawłowski opowiada zaś, że każdemu, kto przychodzi i chce służyć w Kościele Ulicznym w Calgary, zadaje tylko dwa pytania: „czy kocha Jezusa Chrystusa?” i „czy kocha tych ludzi?”. – Nic więcej mnie nie interesuje.

Bukała namawia do podchodzenia do osób z żółtymi smyczami na szyi i proszenia o modlitwę. Niektórzy podchodzą. Członkowie Kościoła Ulicznego kładą na nich ręce i głośno się modlą, niekiedy w dwie osoby. Zabrakło mi przekonania, by podejść. To nie dla mnie. Nie chciałem tego robić wyłącznie z dziennikarskiego obowiązku.

Liczby:

20 000 – posiłków rocznie rozdaje Kościół Uliczny w Warszawie.

200 000 – posiłków rocznie rozdaje Kościół Uliczny w Calgary.

12 – wspólnot chrześcijan ewangelicznie wierzących zaangażowanych jest w Kościół Uliczny w Warszawie.

500 – złotych kosztuje miesięczny pobyt jednego mieszkańca w ośrodku „Nowy Początek”.

4 – razy w tygodniu odbywają się nabożeństwa Kościoła Ulicznego w Calgary.

Kolejne śpiewy. Słowa: „Twoja miłość jak ciepły deszcz” niosą się po dołku w centrum. Spotkanie powoli się kończy. Idę w stronę tramwaju. Na przystanku nie słychać już nawet echa.

Ignacy Dudkiewicz (1991) jest redaktorem działu „Wiara” kwartalnika „Kontakt. Magazyn nieuziemiony” (www.MagazynKontakt.pl)

 

http://nowyobywatel.pl/2013/01/16/kosciol-z-ulicy/