WY DAJCIE IM JEŚĆ!

To nie będzie wywiad o cudownym rozmnożeniu chleba. To będzie wywiad z człowiekiem, który dosłownie potraktował słowa Jezusa „wy dajcie im jeść!”, z pastorem Kościoła pod największym dachem świata Street Church w Calgary w Kanadzie – Arturem Pawłowskim.

Anna Kicińska: Czym zajmuje się Kościół Uliczny?

Artur Pawłowski: Wychodzimy do ludzi z jedzeniem i Ewangelią. Urządzamy grilla na ulicy, rozdajemy chleb, ostatnio smażyliśmy frytki. Kluczem do naszej działalności jest odnawianie, odrestaurowywanie nadziei. Przychodzą do nas handlarze narkotyków, prostytutki, bezdomni. Często brudni, cuchnący. I ci co się starają, a często nie wychodzi. A wystarczy chcieć i przyjąć Tego, który ma moc zmienić życie każdego. Kiedy człowiek złapie tą nadzieję, to całe jego życie się zmienia. Część ludzi z „Canada’s most wanted” (lista poszukiwanych w Kanadzie przyp. red.) jest u nas w Kościele Ulicznym, bo im świat już odebrał nadzieję. Ale Bóg daje ją zawsze.

A.K.: Skąd się wziął pomysł założenia czegoś takiego jak Kościół Uliczny?

A.P.: Kiedyś chciałem zostać księdzem, myślałem o wstąpieniu do zakonu pod patronatem św. Jana Bosko. Ale wszędzie jest ludzka natura. Chęć dominowania i kontroli. I zapragnąłem czegoś czystego. Tego, co jest w Ewangelii. Wychodzenia do ludzi. Bóg chce mieć ze mną relację. Dla mnie byłoby tragedią, gdyby moje dzieci padały na kolana i błagały „ojcze chcę, żebyś coś załatwił, ojcze, potrzebuję pieniędzy”. One mówią to samo, ale językiem dziecka, językiem relacji. Bóg chce z nami spędzać czas, rozmawiać, tańczyć. Chce relacji. Rozmowy nie tylko wyklepanymi formułkami, ale szczerości, dzielenia się swoim szczęściem, powodzeniem, tym, co trudne. To nie tylko król na tronie gotowy w każdej chwili walnąć piorunem. Trzeba wiedzieć, kiedy przychodzić do Boga jak do ojca, a kiedy jak do króla. Bóg jest potężnym królem nieba i ziemi, ale też czułym ojcem, który pragnie mieć z dziećmi silną więź. On mówi: „Kocham was. Upadliście, macie problem, ale ja to rozwiążę”. I to jest Wielkanoc. Ojciec i Syn. Razem zapłacili ogromną cenę. Dla mnie Bóg to cel i misja życia. Mówić, że Bóg jest czystą miłością.

A.K.: Jak od głoszenia Ewangelii twoja idea rozrosła się do karmienia tysięcy ludzi na ulicy?

A.P.: Chodziłem do ludzi z Ewangelią, a oni mówili, że są głodni. Jeżeli ja mam kromkę chleba, a nie dzielę się nią z potrzebującym, to jak mam mu mówić o miłości? Jeżeli mówię że Bóg ich kocha, a nie karmię ich to jestem hipokrytą.

A.K.: W jaki sposób obchodzicie święta w Kościele Ulicznym?

A.P.: Wyglądają podobnie jak nasze zwykłe spotkania, tylko steki są bardziej wypasione. A poza tym pokazujemy ludziom, o co chodzi w tym „sezonie”. Wielkanoc to nie tylko porządki, pieczenie ciast i spotkania z rodziną. Mamy w Ameryce takie powiedzenie, które po angielsku ładnie się rymuje: „Jesus Christ is the reason for this season”. Niektórzy ludzie nawet nie wiedzą, co świętują. My im to przypominamy. Co właściwie świętujemy i dlaczego to takie ważne. Organizujemy także uroczystości, gdy coś ważnego dzieje się w Polsce, np. po tragedii smoleńskiej. Rozmawialiśmy wtedy o tym, gdzie jest prezydent? Gdzie spędzi wieczność? Czy się nawrócił? Czy ci wszyscy ludzie zdążyli powiedzieć „Jezu, oddaję Ci swoje życie”? Zawsze staramy się edukować ludzi i przypominać, dlaczego to wszystko, co zrobił Jezus jest takie ważne. Przypominamy, że to dzięki tej krwi i decyzji Boga tu jesteśmy. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jaki to przywilej, że możemy chodzić do kościoła, wiedzieć o Nim, słuchać, co ma do powiedzenia.

A.K.: Skąd w tobie siła, determinacja do codziennej pracy nad tym dziełem, ale też nad sobą?

A.P.: Dlatego, że Bóg pierwszy pokochał mnie. Wyciągnął ręce nadziei. On mówi „ty tak żyjesz, ale nie musisz tak umrzeć”. Bóg ma moc zmieniania ludzi.

A: Wiem, że wcześniej miałeś dobrze prosperującą firmę, trochę zer na koncie, „smykałkę do biznesu”. Od czego zaczęła się tak ogromna przemiana twojego życia?

A.P.: Do kościoła do którego ciągnęła mnie żona przyjechał prorok. Ja jako sceptyk siedziałem z tyłu w ostatnim rzędzie. Wtedy on wskazał na mnie palcem i powiedział, że stracę wszystko, a jedyną osobą, która przy mnie zostanie będzie moja żona.

A.K.: Miał rację?

A.P.: W krótkim okresie czasu wszystkie moje inwestycje się posypały. Oszukali mnie dostawcy, rozkradziono sprzęt. Straciłem też coś więcej – dobre imię.

A.K.: To wtedy dokonało się twoje nawrócenie?

A.P.: Jeszcze nie. Dostałem kolejne słowa – Bóg da ci doskonały dar. Miał urodzić mi się syn i oboje z żoną stwierdziliśmy, że to o niego chodzi. Urodził się chory. Bez jednego płuca, na miejscu którego były jelita, serce przesunięte, niewykształcone mięśnie w klatce piersiowej. Krzyczałem do Boga, wściekałem się – jak to możliwe, że Bóg, który mówi, że jest miłosierny, robi coś takiego?.. Ja – biznesmen, trener sztuk walki, z czarnym pasem – bałem się dotknąć mojego syna, bałem się, że pęknie mi serce. Inni modlili się, prorokowali, ogłaszali zwycięstwo, a ja stałem z boku.

A.K.: Z medycznego punktu widzenia czy były jakieś szanse na poprawę?

A.P.: Lekarze sugerowali odłączenie od aparatury – nie dawali mu szans na przeżycie, mówili, że to nie ma sensu, by sztucznie podtrzymywać funkcje organizmu. Dlatego też wymienialiśmy się z żoną i czuwaliśmy przy naszym synu. Wypadła akurat moja kolej, żona pojechała na chwilę do domu. Stałem jak zawsze w rogu sali. Zobaczyłem obraz, jakby ekran telewizora – Jezusa w Getsemani. On się bał, pocił krwawym potem, bo wiedział, że całe piekło jak wataha chce rzucić się na Niego, zmasakrować Go, by nawet Ojciec nie mógł Go wskrzesić.

A.K.: To była wizja cierpienia Jezusa?

A.P.: Widziałem wszystko – film Mela Gibsona to jest przy tym bajka dla dzieci – ale nie czułem bólu Chrystusa. Dwa razy uciekałem ze szpitala, by już tego nie oglądać, ale za każdym razem ten obraz wracał. W końcu zmusiłem się, by zostać. Widziałem rozmowę z Piłatem, obelgi rzymskich żołnierzy, drogę na Golgotę. Widziałem każde uderzenie, a ból przy tym był nie do zniesienia. Był to ból Ojca, który patrzy, co ludzie robią z Jego umiłowanym Synem. A gdy On zmarł moje serce pękło na pół. Przez ułamek sekundy poczułem, że mogę zgnieść świat w ciągu sekundy, zgnieść te mrówki. Bóg Ojciec w tym momencie mógł zniszczyć cały świat – stworzyć nową ziemię i nowe niebo. Ale tego nie zrobił. Jego miłość była większa niż Jego moc.

A.K.: Moc Boga objawiła się w zmartwychwstaniu. Dotknęło to także twojego życia?

A.P.: Mój syn Nataniel żyje. Jeździ ze mną na polowania, chodzimy razem po górach. Ale zaczęło się od osobistego nawrócenia. Po tych wizjach usłyszałem pytanie: „A co byś ty zrobił, by ocalić swojego syna?”. Byłem gotowy zabić pół szpitala, byleby tylko on ocalał. Dopiero później zrozumiałem, że chciałem inną matkę i innego ojca skazać na cierpienie, by moje się zakończyło. Poszedłem do kościoła i powiedziałem Bogu, że jeśli chce, by mój syn umarł to niech go zabierze teraz, bo ja już nie mogę znieść cierpienia, patrzenia na ból żony. Ale cokolwiek się stanie, ja będę Mu służył. Zacząłem płakać i po kolei byłem uwalniany ze wszystkiego, co było w moim życiu – alkoholu, łapówek, współpracy z mafią, przemytów. Po tym byłem czystym człowiekiem. Gdy wróciłem do szpitala wszyscy wytykali mnie palcami, coś szeptali. Okazało się, że w przeciągu paru godzin stan mojego syna tak się poprawił, że teraz samodzielnie oddycha.

A.K.: Co na to lekarze? Znaleźli jakieś uzasadnienie?

A.P.: Nazwali mojego syna dzieckiem gwiazd. Jedynym uzasadnieniem było to, że Bóg wysłuchał moich próśb. Zwołali sympozjum lekarskie, stwierdzając, że Nathaniel jest dzieckiem, które nie powinno żyć, a żyje, nie powinien oddychać, a oddycha. Nie mieli żadnego medycznego uzasadnienia. Powiedzieli, że Nathaniel do końca życia będzie miał ograniczenia, alergie, nie będzie funkcjonował normalnie, ostrzegali, że będą dodatkowe problemy, co okazało się nieprawdą. Dlatego gdy miał miesiąc nauczyłem go nurkować. Podobno miał tego nie przeżyć.

A.K.: Czy to właśnie po tych wydarzeniach zainicjowałeś Kościół Uliczny?

A.P.: Wtedy zaczęła się moja przygoda, ale nadal żyłem na pół gwizdka. Wróciłem do biznesu, chciałem łożyć na misję. Znowu jadałem w dobrych restauracjach, nosiłem wypolerowane buty i garnitury od Hugo Bossa. Usłyszałem ten sam głos co w szpitalu – spakuj się, wyjdź w samych gaciach na ulicę i nigdy do tego już nie wracaj. Zrozumiałem, że muszę porzucić swoje dotychczasowe życie. W 2005 roku wylądowałem na ulicy, ale już jako zupełnie inny człowiek.

A.K.: Ulica to nie tylko miejsce gdzie karmisz ludzi, ale też… tańczysz. Wielu ludzi boi się czy wstydzi manifestować swoją wiarę, odezwać, gdy ktoś atakuje Kościół, a co dopiero publicznie pokazać, że wierzy w Boga. Podczas „Marszu dla Jezusa”, który organizujesz ludzie wychodzą na ulicę, ubierają czerwone koszulki, śpiewają i tańczą dla swojego Zbawcy. Co jest twoim celem?

A.P.: Dlaczego mamy się wstydzić Tego, który mnie odkupił? Jeżeli Imię Boga będzie wywyższone, Jezus obiecał, że będziemy robić większe rzeczy niż On sam! (J 14,12 – przyp. red.). Izraelici cztery razy do roku mieli nakaz świętowania. Razem. Bo Bóg tworzy jedność. Pokazywali że są jednym ciałem. Bóg chce się z nami bawić, cieszyć, tańczyć. Ponad podziałami. Wiem, że są urazy, uprzedzenia, różnice, ktoś kogoś nie lubi, ale musimy wznieść się ponad to. Ta krew, ten krzyż nas łączą.

Wszystkich zainteresowanych działalnością Kościoła Ulicznego w Polsce odsyłam do strony www.koscioluliczny.pl Może to właśnie ty będziesz chciał wyjść ze swojego bezpiecznego domu, z murów kościoła i iść głosić Dobrą Nowinę wszystkim narodom?