Wywiad z Franklinem Grahamem

niedziela, 22 czerwiec 2014 19:21

Franklin i Billy GrahamFranklin Graham – pełen pokoju i skromności, nie szukający poklasku oraz dostępny dla każdego. Taki jawił się podczas konferencji prasowej, na której serwis Chrześcijanin24 reprezentowali Maja i Andrzej Stepanov. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z synem najbardziej znanego ewangelisty XX wieku- Billy’ego Grahama.

Wiele różnych kościołów zaangażowało się w tę ewangelizację. Co o tym sądzisz?



Franklin Graham: Myślę, że to wspaniałe. Często nie ma takiej współpracy i to zawsze jest smutne, kiedy ludzi kłócą się i walczą o te drobne różnice. Wszyscy się różnimy. Są teologiczne różnice, one istnieją, Bóg to będzie musiał wyjaśnić, kiedy już wszyscy pójdziemy do nieba. Skupmy się jednak na tym, w czym się zgadzamy. To Jezus Chrystus, narodzony z dziewicy, przyszedł na świat z powodu naszych grzechów, umarł za nie na krzyżu, został pochowany, a Bóg go wskrzesił z martwych. On chce wejść do każdego serca, przebaczyć grzechy, o ile jesteśmy gotowi upamiętać się i wierzyć, że zbawienie jest w Jezusie Chrystusie. To jest przesłanie, które niosę. I to są sprawy, w których możemy się zgodzić. Myślę, że każda denominacja zdaje się sobie sprawę, że sekularyzacja jest naszym wrogiem. Przez nią ludzie przestają należeć do kościoła, a kiedy odwracają się od kościoła, to potem i od Boga. Stwierdzają, że nie potrzebują Boga, że mogą sami dla siebie być „bogiem”. Jednak jest w nich pustka, próżnia, którą może wypełnić tylko Bóg. To tak jak w życiu Curta Cobaina, wokalisty zespołu Nirvana, który popełnił samobójstwo a w znalezionym przy nim liście wspomniał, że w odczuwał pustkę, której nic nie było w stanie  zapełnić. W tej sytuacji zabrakło zwiastuna Ewangelii…



Czyli nadzieja to najgłębsza duchowa potrzeba jakiej szuka społeczeństwo?



F.G: Myślę, że każde społeczeństwo szuka, jak Curt, tych samych rzeczy. Myślą, że jak będą mieli pieniądze, to ich uszczęśliwi. Jednak bogacze nie są szczęśliwi. Raczej najbardziej nieszczęśliwi na świecie. Myślą, że najpiękniejszy na świecie współmałżonek ich uszczęśliwi. Holywoodzkie małżeństwa pięknych par nie trwają długo. Ludzie zawierają związki jeden po drugim, a w środku mają pustkę. Ten świat nie zaspokoi naszej tęsknoty. A ta pustka, to duchowa próżnia, którą może wypełnić tylko Bóg.



Jaka jest przyszłość kościoła w Polsce?



F.G:Myślę, że Polska ma głęboką, duchową historię, a kościół zawsze był silną instytucją. Jednak wszyscy duchowi przywódcy zgadzają się w jednym: sekularyzacja postępuje, liczebność kościoła maleje. I to martwi. Jest duchowy problem i go może rozwiązać tylko Bóg. Szczególne jest to, że polski kościół rozpoznał potrzebę ewangelizacji. Baptyści, zielonoświątkowcy, katolicy widzą potrzebę ewangelizacji. Ewangelizacji nie robi się raz na 20, 30 lat, tylko nieustannie. Ponieważ każde pokolenie musi usłyszeć Ewangelię. To musi być częścią misji kościoła, czymś co robi się co tydzień, nie co roku, czy sezonowo. Nasz punkt nacisku.



Czy masz szczególne marzenia odnośnie Polski?

F.G:Tak, chcę widzieć mnóstwo ludzi oddających serce Jezusowi, pokutujących i wyznających Go jak Pana. To dzieło Ducha Świętego, to nie ma nic wspólnego ze mną, jestem tylko posłańcem. I mam nadzieje, że wasza jedność i współpraca będzie trwała, kiedy odjadę. I nie chodzi o kompromis, ale wzajemny szacunek i skoncentrowanie się na celu, jakim jest Ewangelia.



Wiemy, że pochodzisz z chrześcijańskiej rodziny, ale co popchnęło Cię do służby ewangelizacyjnej?



F.G:Miałem 22 lata, kiedy poszedłem za Jezusem. Oczywiście, wychowałem się chrześcijańskim domu, chodziłem do kościoła. Jednak przynależność do kościoła nie decyduje o zbawieniu, jeśli przenocujesz w garażu, nie oznacz to, że jesteś samochodem. Chociaż wiele osób uważa, że chodzenie do kościoła wystarczy, i ja byłam podobny. I miałem pustkę w życiu, chociaż to nie była niewiara. Wierzyłem, tylko nie chciałem, żeby Bóg kierował moim życiem. Jak miałem 22 lata oddałem moje rozbite życie Bogu. Wróciłem na studia, ożeniłem się i zacząłem pracować dla Samarytain’s Purse, co robię do dziś. Nie czułem powołania do głoszenia, nie chciałem być porównywany do ojca. A kto by chciał? Przecież nigdy nie będę Billy Graham’em. I do tej pory nie jestem, nie mogę nim być. Miałem około 40 lat, kiedy współpracownik ojca, powiedział: „ Franklin, zdaje mi się, że Bóg Cię powołuje do głoszenia.” „nie sądzę” odpowiedziałem. „Przemyśl to”. Zaczęło się na małym spotkaniu na Alasce, kiedy po moim wezwaniu do pokuty, odpowiedziało 5 osób. Zrozumiałem, że to nie ma nic wspólnego ze mną. Bóg to zrobił. Musiałem się poddać, nie było to coś, czego chciałem, czy szukałem. Raczej unikałem. Teraz jestem wdzięczny, że Bóg pozwolił mi opowiadać o Jego Synu.



Widziałam wspaniały film z Twoim udziałem i Twojej córki, co robisz by zbudować relację i przekazać dziedzictwo?



F.G:W domu mojego ojca mieliśmy modlitwę codziennie rano. Potem było śniadanie, a po nim matka lub ojciec, czytali werset z Biblii, zanim jeszcze poszliśmy do szkoły. A potem któreś  nich modliło się. Wieczorem, zanim poszliśmy do łóżek, mieliśmy czas poświęcony dla Boga. To było trochę dłuższe i wszyscy, cała rodzina w tym uczestniczyła. Modliliśmy się za misjonarzy, rodzinę i inne sprawy, które nas dotykały. Tak wychowali nas rodzice i tak ja wychowywałem moje dzieci. Rano modlitwa, cichy czas, zapamiętywanie wersetów. Wieczorem mieliśmy nie tylko modlitwę, ale i studium biblijne. Mam czworo dzieci, wszystkie kochają Pana – trzech synów i córkę. Dwóch z nich służy ze mną, jeden z służy w armii amerykańskiej. Córka jest żoną zawodnika futbolu amerykańskiego, to trochę coś innego niż europejski futbol.



Wspaniały przykład, jak przekazać Boże dziedzictwo przez pokolenia…



F.G:Moja mama powiedziała, że ja nie zasługuję na moje dzieci, ponieważ ja przyczyniłem się, do tego, że moi rodzice osiwieli. Jestem wdzięczny za dzieci. Dzieci muszą być instruowane. Współczesną tendencją jest dawanie dzieciom dużo wolności i pozwalanie na dokonywanie wyborów. Ja nie pozwalałem moim dzieciom wybierać, to ja za nie decydowałem. Starałem się wybierać jak najlepiej dla nich. Pamiętam jak moja córka skończyła 13 lat i chciała obejrzeć film. To nie był dobry film, przynajmniej ja tak nie uważałem. Ona oświadczyła, że ma już 13 lat, odparłem, że nadal mieszka w moim domu, więc będzie robić, co mówię. Dzisiaj ona sama jest matką i widzi w tym mądrość. Rozmawialiśmy o tym, o jej ówczesnej wściekłości i późniejszej wdzięczności – ponieważ chciałem ją chronić. Zatem jako rodzice mamy być rodzicami, dzieci nie mają być naszymi najlepszymi przyjaciółmi tylko dziećmi, my powtarzam rodzicami.



Powiedziałeś, że do wiary doszedłeś w wieku 22 lat. Czy to oznacza, że wcześniej miałeś z tym trudności, jakiś bunt, czy zmagania?



F.G:To nie znaczy, że nie wierzyłem w Jezusa Chrystusa. Nie chciałem poświęcić życia Jezusowi Chrystusowi. Chciałem wolności i zabawy. Wydawało mi się, że jeśli oddam życie Jezusowi, to będę miał na sobie taki kaftan bezpieczeństwa, w jaki zawiązuje się chorych ludzi. Nie chciałem być tak związany, pragnąłem wolności. Jednocześnie szukając wolności, coraz mocniej odczuwałem pustkę. Wiesz, możesz iść na imprezę, bawić się, potem budzisz się rano z myślą: musi być coś więcej niż to. Idziesz wypić z kumplami, dobrze się bawisz, a rano kac i myśl: o co chodzi, musi być coś więcej. Byli ludzie, którzy się za mnie modlili: mama, tata, rodzina, przyjaciele. Zacząłem się ścigać na motocyklu, oczywiście w niedziele. Pamiętam modlitwę mojej mamy: „Panie, jeśli trzeba to złam mu nogę, kręgosłup, cokolwiek, co przykuje jego uwagę. Tylko proszę nie zabijaj go.” Raczej nie lubiłem tej modlitwy. Kilka tygodni złamałem stopę, przestałem się ścigać w niedziele – bałem się modlitw mojej mamy. Moja rodzina też się za mnie modliła. To bardzo ważne, żeby się modlić za nasze dzieci, niezbawionych przyjaciół, ponieważ Bóg odpowiada na modlitwy, ludzie modlili za mnie. Lata później głosiłem w kościele w Teksasie, na wsi. Podeszła do mnie stara, czarna kobieta, o lasce, pokazała mnie palcem i powiedziała: „mam kawałek twojego życia”. Pomyślałem, że nie jest w pełni władz umysłowych, kawałek mojego życia, o co chodzi? „Mam kawałek twojego życia, modliłam się za ciebie przez 30 lat” – powtórzyła i wyszła. Ważność modlitwy – nie wiem, co zrobi Bóg, ale na pewno nie zrobi nic, o ile nie będziemy się modlić.



Twój ojciec jest bardzo wpływowym człowiekiem, był zapraszany chyba przez wszystkich prezydentów. Wiadomo, jeśli Billy Graham to poprze, to Amerykanie również. Później zrezygnował z tego, nie chciał angażować się w politykę. My chrześcijanie powinniśmy wpływać na społeczeństwo, nie tylko ono na nas. Jak starasz się wpływać na otoczenie, nie tylko to religijne?



F.G:Są zagadnienie moralne, o których, my chrześcijanie mamy prawo mówić. Taką sprawą jest homoseksualizm. Nie wiem czy to jest problem Polski, ale jest zagadnienie Europy. Oni twierdzą, że jest to sprawa polityczna. Nie, to jest kategoria moralna, ponieważ Bóg powiedział, że to grzech. Każda relacja seksualna, poza małżeństwem kobiety i mężczyzny, jest grzechem przeciwko Bogu. My jako chrześcijanie niesiemy odpowiedzialność by mówić o tym i ostrzegać ludzi przed konsekwencjami grzechu. Jesteśmy do tego zobligowani. W naszym kraju prezydent, przed pierwszymi wyborami nie popierał środowisk homoseksualnych, potem zmienił zdanie. Nie boję się mówić politykom, tego, co mówi Biblia. Oni nie chcą tego słuchać, stają się poirytowani. Są świetni w przypisywaniu nam demonów, mają takie specjalne słowo: ”homofobia”. I posądzają nas o to. Nie boję się żadnej osoby homoseksualnej, ani jednej. W rzeczywistości kocham ich i chcę ostrzec przed konsekwencjami grzechu. I nie chodzi tylko o homoseksualizm, ale o grzech w ogóle. Mamy prawo, jako chrześcijanie mówić do społeczeństwa, o aborcji – to praktyka naszego kraju.  Miliony i miliony dzieci są zabijane każdego dnia. Fakt, że rząd uczynił to legalnym, nie oznacza, że to jest właściwe. I o tym mówię. Nie wypowiadam się na temat podatków, podobnych temu spraw – to polityka. Powinniśmy być posłuszni władzy, ale kiedy rząd wchodzi w konflikt z Biblią, wtedy nie możemy milczeć. Mamy prawo mówić.



Czy w takim razie ważne jest przemawianie do rządów, pouczanie ich na temat postawy życiowej?



F.G:Myślę, że jest ważne, jednak moim powołaniem jest głoszenie Ewangelii. Nie chodzę do Waszyngtonu, do stolicy, nie robię tam kampanii. Mówię jednak publicznie o tym, co uczy nas. Bywają jednak inne momenty. U nas w  Północnej Karolinie, w stanowej konstytucji nie było definicji małżeństwa – zwyczajowo przyjęto to jako mężczyzny i kobiety. Pisząc to, nikt by nie pomyślał, że 200 lat później małżeństwo to może być dwóch mężczyzn! I nasi prawnicy stanowi napisali tę definicję jako mężczyzny i kobiety, ale to musiało być zaakceptowane na wyższym szczeblu i prezydent Obama sprzeciwił się. Wszyscy politycy zanegowali to, ale ja i ojciec poparliśmy tę inicjatywę. I wygraliśmy, naszemu stanowi pozwolono dać definicję małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny. Czasem warto walczyć.



Co powiedzieć tym osobom, które twierdzą, że sam fakt spotykania się z politykami, jest już udzielaniem im poparcia?



F.G:W każdym kraju mamy polityków. Nie możemy zignorować polityków, oni mogą być pomocni w rozszerzaniu Ewangelii, mogą otworzyć różne drzwi. Relacja mojego ojca z politykami zaczyna się od Henry Trumana, potem po nim poznał wszystkich kolejnych prezydentów. Z prezydentem Obamą miał bardzo krótkie, kurtuazyjne spotkanie. Był już wtedy stary, a prezydent nie zabiegał o to spotkanie. Utrzymywanie relacji z osobą, nie oznacza poparcia dla jej działań. Mój ojciec znał ludzi z przeciwnych sobie partii, znał prezydenta Clintona i oczywiście nie popierał jego romansu z Monica Lewinsky. Znał prezydenta Kennedy, i w żaden sposób nie popierał jego nadużyć. Wielu polityków zabiegało, żeby być widzianym z moim ojcem. Oni szukają głosów, więc chcieli się spotykać z moim tatą. On widział w tym szansę usługiwania tym ludziom, mówienia prawdy im prosto w oczy. Z tego powodu był blisko z prezydentem Reaganem. Opowiadał, że kiedy ten wychodził z gabinetu owalnego, szedł do swojej rezydencji, wtedy nie chciał rozmawiać o polityce, zimnej wojnie. Chciał rozmawiać o Bogu, i wtedy tata przyjeżdżał na obiad do niego. Za stołem rozmawiano o duchowych rzeczach. Prezydent Nixon chciał wiedzieć więcej o nowym narodzeniu, takie rozmowy mój ojciec przeprowadzał wielokrotnie. Relacja z politykami, o ile nie idziemy na kompromis, może być użyta przez Boga, do ogłoszenia prawdy.



Co z tym, którzy i tak twierdzą, ze nie powinno się utrzymywać żadnych kontaktów z tym brudnym światem, z tymi, którzy są przekonani, że wiedzą najlepiej?



F.G:Jest wiele osób, które się ze mną nie zgodzą, lub mnie oskarżą. Osobiście unikam polityki, bo można się zabrudzić. Jednak nie można ich ignorować – oni ustanawiają prawa, które dotyczą naszego życia. O ile mamy możliwość, powinniśmy mówić prawdę, oni od nas muszą dowiedzieć się, co Bóg mówi. Osobiście unikam ich, często do mnie dzwonią z zaproszeniami na wydarzenia z ich udziałem. Mimo to, trzymam się z daleka. Jest kilku dobrych polityków, niewielu. Ważne jest wspieranie tych, którzy mają prawe serca.



Co innymi chrześcijanami, którzy są przekonani o swej wyższości?



F.G:W czasach sowieckich był urząd do spraw wyznań, dla komunistów wszystkie religie były złe. Wrzucili nas wszystkich do jednego worka. To zmuszało zantagonizowane grupy do współpracy, musieli to robić, żeby przetrwać. Myślę, że dzisiaj jest podobnie, trzeba współpracować, żeby przetrwać. Świat jest przeciwko nam. Ześwieczczenie postępuje. Niewiele krajów temu się nie poddaje, a świat je potępia. Uganda wprowadziła prawo przeciwne związkom homoseksualnym, a świat ją potępił. My chrześcijanie musimy być razem. Są zielonoświątkowcy, którzy się nie zgadzają z innymi zielonoświątkowcami, baptyści skłóceni wewnętrznie. Jednak istotne są punkty wspólne i w tym powinniśmy współpracować. Czasami te różnice teologiczne są małe, nieistotne. Tych większych nie jesteśmy w stanie usunąć, one będą. Trzeba szukać możliwości współpracy w ta, gdzie jest wspólny grunt. Jestem zaproszony na spotkanie katolickie i przyjąłem je,  niektórzy mnie za to skrytykują. Nie zmienię z tego powodu mojego przesłania, ono będzie takie jak zawsze. Nie idę na kompromis, w podstawowych kwestiach wiary, to byłoby złe. Do współpracy nie jest potrzebny kompromis wiary, tylko wspólny obszar.



Czy w związku z agresywną sekularyzacją jest miejsce na współpracę z innymi religiami, żeby w ogóle utrzymać duchowość?



F.G:Nie.

Moja organizacja charytatywna „Samarytain’s purse” współpracuje z muzułmanami. W wypadku kataklizmu, wojny, klęski żywiołowej dostarczamy żywność, udzielamy pomocy medycznej. W tym wymiarze współpracujemy z muzułmanami, jednak nie mamy nic wspólnego duchowo. Bóg, któremu oni służą, nie jest moim Bogiem. Hindusi – oni mają tysiące bogów. Ja wierzę w Jedynego, Prawdziwego. Co ma wspólnego ma światłość z ciemnością? Nie mogę iść w tym wypadku na żaden kompromis, bo wierzę w Jedynego Boga. On ma  Syna o imieniu Jezus, który umarł za moje grzechy. Bóg wzbudził go z martwych. To jest esencja wiary chrześcijańskiej. Jezus narodził się z dziewicy. W tych kwestiach nie mogę iść na kompromis. W chrześcijaństwie jako takim jest są podstawowe wartości, które są wspólne i w ich obrębie można współpracować. Mimo istniejących różnic, to właśnie cenię w Polsce – 300 rożnych kościołów zaangażowanych w ewangelizację. Odpowiedzią dla świata jest Jezus Chrystus.  Poza Chrystusem nie ma nadziei dla Polski, Stanów, Europy.



Dlaczego Polska?



F.G:Zostałem zaproszony przez kościoły, to było interesujące zaproszenie z powodu ogromnego poparcia środowisk kościelnych, co bardzo cenimy. W tym także wsparcie ze strony KRK, co bardzo doceniamy. Mój ojciec miał kiedyś krucjatę w Bostonie, Massatchues. Wtedy miejscowy kardynał wspierał mojego ojca. Koscioły ewangeliczne obawiały się tego, jednak on poprosił księży o współpracę i podkreślił ważność tego przesłania. Zaprzyjaźnili się później z kardynałem, a tato był krytykowany z tego powodu. Pracowali jednak razem we wspólnym obszarze dla Ewangelii. Ojciec znał także JP II. Obydwaj starali się podminować komunizm w Polsce. Ojciec mówił, że jego wkład w zniszczenie żelaznej kurtyny to głoszenie Ewangelii i papież się z tym zgadzał. W wielu krajach po upadku reżimu nastąpiła duchowa wolność. Np. w Rumunii. Causescu był brutalnym dyktatorem, a kościoły były zaangażowane walkę o wolność.



Co myślisz o papieżu Franciszku? To nowa twarz, niektórzy twierdzą, że zjednoczy protestantów i katolików?



F.G:Nie sądzę, za dużo różnic, to zajmie tysiące lat. (śmiech) Jednocześnie doceniam jego głos dla biednych. On mówi w ich imieniu i bardzo to cenię. Widzę jego pokorę i to mi się podoba. Małe rzeczy jak umywanie nóg – to lekcja dla nas wszystkich. Jesteśmy po to by służyć, tak jak Jezus. Nie poznałem go osobiście, ale widzę to, co o nim się mówi. Oczywiście nie można wierzyć wszystkiemu, co media mówi. Wygląda na to, że rzeczywiście troszczy się o biednych.



Co byś powiedział tym protestantom, którzy z powodu obecności katolików w Festiwalu, krytykują to przedsięwzięcie?



F.G:Poradziłbym, żeby przyszli i zobaczyli sami. Miałem wiele spotkań, gdzie nie przychodzili baptyści, ponieważ zielonoświątkowcy tam byli. Powód zawsze się znajdzie. Ważny jest wspólny grunt. Nie proszę o zmianę przekonań, czy wiary. Pozwólmy Bogu pracować w naszych sercach i zmieniać nasze poglądy czy postawy. Paweł przestrzegał przed sporami. Często mamy jakieś wyrobione, jasne przekonanie – ja też miałem. Potem czytając Biblię, uświadamiałem sobie, że byłem w błędzie, Bóg mnie przekonywał. Rozumiem argumenty, niech Ci ludzie przyjdą, niech modlą się za mnie i moje poselstwo, żeby było czyste i prawdziwe.



Czy Twój ojciec wpływa na twoje głoszenie? Pomaga Ci, sugeruje?



F.G:Modli się za mnie. Nigdy mi nie pomaga i nie robi sugestii. Powiedział tylko,  że głoszenia nie da się nauczyć z książek. Tego uczy się w praktyce – głosząc. To była cała szkoła i jedyna rada.

http://www.chn24.pl/kocio-i-suby/news/5258-wywiad-z-franklinem-grahamem.html